Jestem za, a nawet przeciw

Temat: tance ludowe.

krok podstawowy żeby nie skakać, ale nie tańczyć na sztywnych nogach, żeby zróżnicować długość kroków, ustabilizować rękę odwiedzioną do boku i nie machać nią, trzymać się prosto, ale z ciężarem ciała na przedniej części stopy..

w posuwistym żeby nie zginać nogi, nie wykręcać biodra, ściągnąc stopę, nie odrywać pięty nogi oporowej zbyt wysoko, na raz obie nogi muszą być razem ..

i przy ukłonie żeby panie nie robiły z siebie ptaków machających skrzydełkami w ogóle ręce w mazurze to trudny temat

a co najtrudniejsze: zachować styl i charakter tańca (czyli jak w strojach z Księstwa Warszawskiego to panie broń boże nie mają ręki w górze, a jak szlachcianki w kontuszach, to jak najbardziej, albo też które figury są wyraźnie męskie a które damskie (o czym niektórzy choreografowie zapominają) )

wymieniać dalej?

pozdrawiam
m.



o rtak koleżanka widzę duzo wymieniłą heeh dalej wymieniac nie trzeba
mazur to najtrudniejszy z tańców ludowych.
Źródło: balet.pl/forum_balet/viewtopic.php?t=2327



Temat: tance ludowe.
Ktos napisal ze strój do oberka waży 8 kg to zalezy jescze od tego czy tańczy sie go wstrojach kujawskich.. Ja tańcze oberka z kujawiakiem w strojach łowickich i mój strój waży całe 13 kg.... a co do mojego ulubionego tańca to mazur, oberek z kujawiakiem, tańce rzeszowskie, tańce krawkowiaków wschodnich, łowickie, i starowarszawskie. Oczywiscie wszytkie tańce ludowe są przepiekne i wyjatkowe ale do tych jakos najbardziej mnie ciągnie.. Goraco Pozdrawiam
Źródło: balet.pl/forum_balet/viewtopic.php?t=2327


Temat: Kauki
KAUKI

Kauki, kautki, leśni ludzie – takie oto nazwy otrzymują małe ludzki żyjące w ludzkich zagrodach lub ich pobliżu. W dawnych wierzeniach Prusów kauki były to małe dobre duszki, ludziki, skrzaty żyjące pod bzem* lub pod innym krzakiem przy zagrodzie domowej. A że wtedy domy były zagrodami wśród puszcz, lasów – skrzaty te nazywano również leśnymi ludźmi.
Z wierzeń pogańskich, przeszły kauki jako kautki do wierzeń ludowych, „chrześcijańskich” już Warmiaków, czy też innych mieszkańców Prus. Wraz z rozwojem wsi, kautki zaczęły mieszkać w oborach lub pod progiem domu, jednak dalej w pobliskim sąsiedztwie człowieka i tak jak dawniej służyły mu swą pomocą. Dla uwiarygodnienia moich słów przytoczę tu dwie opowieści ludzi z różnych stron Prus, którzy mieli przyjemność poznać owe przemiłe i pracowite istoty.
W jednej wsi na Samlandii żył biedny kowal. Gdy to zauważyły kautki mieszkające nieopodal jego kuźni, zaczęły mu pomagać kując w nocy garnki, kociołki, talerzyki i to tak piękne, że w krótkim czasie kowal wzbogacił się. Jego żona z wdzięczności uszyła każdemu z kautków po kubraczku i czapeczce. Gdy kautki to zobaczyły, przebrały swe podarte ubranka na nowe, po czym zgodnie krzyknęły „wysłużone, odpracowane” i znikły na zawsze.
W innej wsi gospodarz miał piękne konie, jednak ich nigdy nie karmił, bo konie zawsze były syte i napojone. Nie mogąc pojąć, kto daje im żywność, pewnej nocy skrył się w stodole. Gdy przyszła noc, jak spod ziemi wyszło dwunastu małych kautków, w podartych ubrankach. Od razu zaczęły czyścić konie, czesać im grzywy, poić i karmić. Gdy skończyły, znikły. Oniemiały gospodarz postanowił w nagrodę uszyć im nowe ubranka. Tak też uczynił. Po kilku dniach znów ukrył się w stodole, przedtem układając na sianie nowe ubranka dla swych nocnych pomocników. Gdy kautki się pojawiły, znów wykonały swą pracę, po czym podeszły do ubrań. Jeden z nich odezwał się: o, patrzcie, gospodarz nie chce byśmy mu już służyli; zapłacił nam za pracę. Po czym ubrały swe nowe stroje i już nigdy się nie pojawiły.
Tak oto z pogańskiego, leśnego ludzika, kauk przemienił się w domowego skrzata, który po dziś dzień, mieszkając pod progiem domu pomaga w nocy swym gospodarzom.

Robert Roguszka

Na podstawie:
Kolberg A., Mazury Pruskie. Dzieła wszystkie t. 40, Kraków 1966.
Pawłowska J., Wieś warmińska Brąswałd w województwie olsztyńskim w latach 1945-1967, Wrocław 1987.
Szyfer A., Zwyczaje, obrzędy i wierzenia Mazurów i Warmiaków, Olsztyn 1968.
Warmiacy i Mazurzy, praca zbiorowa pod red. B. Kuźniewskiego, Olsztynek 2002.

_________________________
* Kaukowie zamieszkują podziemia, do których wejścia są pod krzakami czarnego bzu. Dlatego nigdy się nie wyrywa bzu, który wyrósł w ogrodzie. Władcą kauków jest Bóg Puszkaitis, jemu i Kaukom w jesienne święto zostawia się dary pod krzakami czarnego bzu.
Źródło: prusai.eu/forum/viewtopic.php?t=180


Temat: Wiatr warmińskiej historii hula w Spichlerzu
Wiatr warmińskiej historii hula w Spichlerzu

Stare sprzęty i rzeźby ze skansenu w Olsztynku, ludowe stroje, zdjęcia krajobrazu i budynków warmińskich, a także prezentacje multimedialne na temat regionalnej architektury - to wszystko znajdziemy na wystawie pt. "Widok na Warmię".

Znajdą się na niej zdjęcia Janusza Monkiewicza, prezesa warmińsko-mazurskiego Związku Polskich Fotografów Przyrody, pokazujące architekturę Warmii, a także naturę, która ją otacza. Oprócz fotografii budynków, są tu ujęcia ptaków w locie, czy zachodów słońca. Będą też zdjęcia Andrzeja Waszczuka z Dobrego Miasta, którego fotografie przyrody przypominają prace malarskie.

Najwięcej eksponatów przyjechało ze skansenu w Olsztynku - są to dzieła warmińskich rzemieślników i artystów; obok ponadstuletniej skrzyni znajdziemy tu współczesne świątki, a nawet awangardowe rzeźby. Nie zabraknie też starych i nowych tradycyjnych czepków i ubrań, przedmiotów codziennego użytku oraz mebli. - Chcemy pokazywać warmińskość jako dialog dziś z wczoraj - mówi Maciej Rytczak ze starostwa powiatowego w Olsztynie, które jest jednym z organizatorów wystawy.

Prezentacji towarzyszy też multimedialny pokaz fotografii Prus Wschodnich ze zbiorów Instytutu Sztuki PAN w Warszawie. Część zdjęć była już pokazywana na głośnej wystawie pt. Atlantyda Północy - fotografowie przy okazji dokumentowania budynków uwiecznili życie pruskiej prowincji z przełomu XIX i XX w. Powstały niemal magiczne obrazy dawno nieistniejących miejsc, świata, który zniknął z powierzchni Ziemi niby mityczna wyspa. Fotografie przeplatane będą współczesnymi zdjęciami Iwony Liżewskiej, autorki książki "Tradycyjne budownictwo wiejskie na Warmii i Mazurach". Uwiecznione na nich zostały zachowane fragmenty warmińskiej architektury, zespoły budynków, sposób, w jaki współgrają z otoczeniem. Na wernisażu Liżewska opowie o architekturze ze starych i nowych fotografii, a Szymon Drej ze Stowarzyszenia "Dom Warmiński" przybliży dzieje tego regionu. Zaprezentowany zostanie też film pt. "Warmińska droga krajobrazowa". - To taka nasza działalność lobbystyczna na rzecz ocalenia przydrożnych alei - wyjaśnia Rytczak. - Ścieżka dźwiękowa jest po polsku, ale na ekranie pojawią się napisy w języku niemieckim. Dwujęzyczne będą też podpisy przy zdjęciach.

Nie wystarczy raz wybrać się do Spichlerza, bo wystawa będzie się zmieniać. - Chcemy nadać jej formułę otwartą - mówi Rytczak. - Za jakiś czas zdjęcia Monkiewicza zastąpimy innymi jego pracami, które są teraz pokazywane w Niemczech. Zaś w sierpniu, gdy skończy się wystawa rysunków kapliczek autorstwa Aleksandra Wołosa w Nowej Kaletce, przeniesiemy je tutaj. Chodzi o to, by warmiński wiatr hulał w Spichlerzu, by pokazać w olsztyńskiej galerii Warmię w pigułce.

Wernisaż etnograficznej prezentacji dziś o godz. 18 w Spichlerzu MOK (ul. Piastowska 13). Wystawa będzie czynna do września.

Źródło
Źródło: prusai.eu/forum/viewtopic.php?t=629


Temat: Ja, Mazur, od pokoleń jestem tu u siebie
Ja, Mazur, od pokoleń jestem tu u siebie

Jeszcze po wojnie sam fakt, że jesteśmy ewangelikami, powodował, że byliśmy traktowani jak Niemcy - mówi Wiktor Leyk, Mazur z dziada pradziada


Fot. Tomasz Waszczuk / AG

Co łączy Mazurów i Warmiaków, a co ich różni? Od poniedziałku przypominamy, jak nie pomylić obu regionów.

Wczoraj na ten temat rozmawialiśmy z rodowitym Warmiakiem, dziś te pytania stawiamy Mazurowi. Wiktor Leyk opowiada, jak smakowała niedźwiedzia pułapka i dlaczego nie istnieje ludowy strój mazurski.

Rozmowa z Wiktorem Leykiem

Magda Brzezińska: Jest pan Mazurem z dziada pradziada?

Wiktor Leyk: - Korzenie mojej rodziny na tych ziemiach sięgają XV w. Ja urodziłem się w Szczytnie, mój dziadek i stryj też, a ojciec kilka kilometrów dalej w Lemanach. Kiedyś mój ojciec miał w Wielbarku cegielnię i tartak, ale po plebiscycie w 1920 r. wszystko przejęły władze niemieckie. Nigdy nie dostaliśmy za to odszkodowania.

Co to znaczy być Mazurem? Jaką rolę w pana życiu odgrywała świadomość pochodzenia?

- To zależy w jakim czasie. W poprzednim ustroju czułem, że jestem inny i dzięki temu funkcjonowałem trochę we własnym świecie. Jak któryś z urzędników mi dokuczył, myślałem - ja jestem u siebie, a wy nie. Ten rodzaj tożsamości miał wielkie znaczenie. Dzięki tradycyjnej mazurskiej autonomiczności w działaniu i myśleniu, Mazurzy mieli dobrą opinię wśród większości społeczeństwa. Doceniano naszą rzetelność, solidność i fachowość.

Teraz trudno dostrzec różnicę między Mazurami a ich sąsiadami Warmiakami, ale pewnie kiedyś były bardziej widoczne?

- Podstawową różnicą było wyznanie. Warmiacy są przeważnie katolikami, a Mazurzy luteranami, a za tym idzie odmienny system wartości. Nawet po wojnie sam fakt, że jesteśmy ewangelikami, powodował, że byliśmy traktowani jak Niemcy. Ludzie napływowi uznawali Warmiaków za swoich, bo chodzili z nimi do tego samego kościoła.

Czy były między wami sąsiedzkie kłótnie? Kiedyś z ust Warmiaka usłyszałam przysłowie: "Gdzie kończy się kultura, tam spotkasz Mazura".

- To nie było powiedzenie warmińskie, ale Niemców z czasów Bismarcka. Takie slogany formułowano, by tworzyć niekorzystny stereotyp. Przez ten slogan Niemcy chcieli pokazać, że są lepsi od innych. Między Mazurami a Warmiakami nie było niesnasek.

Powiedzenie jest tym bardziej fałszywe, że jest wielu Mazurów bardzo zasłużonych dla kultury.

- Przede wszystkim trzeba wspomnieć Wojciecha Kętrzyńskiego, który jako świadomy człowiek dotarł do swojej polskości. 170. rocznicę jego urodzin obchodzimy za kilka dni. Oczywiście nie można pominąć Krzysztofa Celestyna Mrongowiusza i Gustawa Gizewiusza, a ze współczesnych - artystę i społecznika Hieronima Skurpskiego czy pisarza Erwina Kruka. Jest wielu niezwykle interesujących ludzi, wymienione nazwiska to tylko przykłady.

Jak wyglądały tradycje i zwyczaje mazurskie?

- Religia była bardzo ważna i to ona dyktowała rytm życia. Najważniejszymi świętami były oczywiście Boże Narodzenie i Wielkanoc, a szczególnie Wielki Piątek. Tyle że w porównaniu ze zwyczajami warmińskimi czy z innych regionów obrzędy mazurskie były bardzo skromne. Wszystko dlatego, że w Prusach rozwinął się ruch pietystyczny czyli gromadkarski [nurt religijny w luteranizmie z XVII i XVIII w. kładący nacisk na rozbudzenie uczuć religijnych poprzez modlitwę, studiowanie Pisma Świętego oraz działalność charytatywną - red.], co skutkowało bardzo oszczędnym wyrażaniem uczuć. Przez to zanikł nawet strój mazurski - w XIX w. Mazurzy ubierali się na czarno, wyglądali tak jak teraz amisze. W niektórych grupach zakazano nawet muzykowania, ani nie urządzano zabaw. Z drugiej strony nie byli ideałami. Pili dużo alkoholu, szczególnie popularny był 60-procentowy likier, tzw. pokrzepka, a po niemiecku Bärenfang, czyli pułapka niedźwiedzia, którym się raczono przy różnych okazjach. Ten trunek do dziś można spotkać w niektórych domach, choć w słabszej wersji.

Pan jeszcze pamięta te czasy, gdy panowały tak surowe obyczaje?

Znam je tylko z opowieści. W rodzinie krąży nawet anegdotka o moim dziadku, który był kaznodzieją pietystycznym, tzw. kazicielem, znanym od Działdowa po Tylżę. Spotkał się on kiedyś ze stryjecznym bratem, też kaznodzieją. - Wiesz, kupiłem mojemu synkowi szliciory [łyżwy - red.] - mówi jeden. - Co ty, przecież Jezus na szliciorach nie jeździł - odpowiedział drugi, zgorszony.

Źródło: Gazeta Wyborcza Olsztyn
Źródło: prusai.eu/forum/viewtopic.php?t=618


Temat: Kurpiowska Palma 2008 w Łysych
16 marca w miejscowości Łyse na Kurpiach miała miejsce coroczna Kurpiowska Palma czyli tradycyjny konkurs na najlepszą palmę odbywający się w ramach tzw. niedzieli palmowej. Tradycyjnie też była to okazja do pikniku folklorystycznego z całym wahlarzem klimatów z tym związanych – dlatego też gdy kolega zaproponował miejsca w samochodzie zgodziłem się od razu.

Na miejsce dotarliśmy tuż przed oficjalnym rozpoczęciem „Kurpiowskiej Palmy 2008”, impreza zgromadziła widzów przede wszystkim z Mazowsza, Warmii/Mazur i Podlasia choć zdarzały się i osoby ze Śląska a nawet z Niemiec. Tradycyjna procesja z palmami rozpoczęła się w starym, drewnianym i muszę przyznać, choć nie jestem wielkim miłośnikiem takiej architektury czy sztuki - urokliwym kościółku. Otoczony jest drewnianymi kapliczkami w stylu słupowym (charakterystyczne dla Kurpiów), kamiennym kęgiem, starym drzewostan a naj ego tyłach stoi drewniana rzeźba Kurpia – Kosyniera. Procesja zgromadziła nieprzebrane tłumy a zakończyła się dobrą godzinę później w nowym, postawionym nie tak dawno nieopodal, koszmarnym architektonicznie kościele obok. Mnie jednak bardziej zależało na obejrzeniu lokalnej sztuki ludowej oraz skosztowania nie mniej lokalnych specyjałów toteż korzystając z faktu, że procesja odgoniła ludzi od kramów z ceramiką i innym dobrem na spokojnie mogłem sobie to wszystko obejrzeć, skosztować i parę rzeczy zakupić. Mimo zalewu plastikowej tandety i lizaczków typu ajlowju udało mi się spotkać znajomego ceramika z Dywit (p. Zawistowski) który jak zawsze miał nowości – od figurek pruskich bab przez gliniane pisanki-grzechotki aż po kubki na miód. Załapałem się też (później dopchanie się do kowali graniczyło z cudem) na bicie okolicznościowej monety przez kowali mazowieckich oraz podlaskie sery i kurpiowskie świeżutkie i chrupiące pieczywo, w tym miodowe – oraz, rzecz jasna, psiwo kozicowe.

Po procesji tłum dosłownie ruszył na stragany a ja z żoną postanowiliśmy wyciszyć się nieco w okolicznym lesie, ruszyliśmy zatem leśną ścieżką na miejscowość Pupczyzna jednak nie po to by tam dojść a po prostu powdychać świeżego powietrza i ponapawać się kurpsiowską puszczą... Nieco później wróciliśmy pod scenę GOSiRu, gdzie rozpoczęły się pokazy i występy lokalnych kapel ludowych i zespołów pieśni i tańca. Kurpiowska ”Puszcza Zielona” (pierwszy z występujących zespołów) nie zachwyciła, miałem wrażenie, że dziewoje, odziane co prawda w piękne ludowe stroje męczą się straszliwie śpiewając własne pieśni – choć być może były po prostu stremowane. Kolejny zespół, przedstawiany w programie i przez konferansjerów jako „Grajewianie” lub „Grajewicanie” (w każdym razie zespół z Grajewa) miał znacznie lepiej przygotowany repertuar. Co prawda tylko pół godzinki i to nie całe – ale za to w dwóch wejściach. Pierwsza część to pieśni i tańce podlaskie (w odpowiednich strojach), druga – to krótki set solowy kapeli przygrywającej tancerzom (z repertuarem ogólnofolkowym) i trzeci – klimaty warmińsko/mazurskie łącznie z tańczeniem „żabki” i robieniem pompek na scenie, co zrobiło wrażenie na publiczności i za co zespół zebrał zasłużone brawa... Później na scenę powróciły zespoły kurpiowskie z repertuarem z własnych miejscowości.

Tak po prawdzie najlepsi byli trzej starsi panowie z bębenkiem, harmonią pedałową przedwojennej produkcji warszawskiej i skrzypcami którzy na jednym ze stoisk po prostu grali nutę z pogranicza mazowiecko – kurpiowskiego – aż szkoda, że nie zostali zaproszeni na scenę!

W drodze powrotnej odwiedzliśmy skansen w Kadzidle (mały ale naprawdę wart odwiedzenia) oraz regionalną karczmę w Ostrołęce gdzie wbrew pozorom wcale nie było drogo za to bardzo smacznie.
Źródło: prusai.eu/forum/viewtopic.php?t=512